ECHA LEŚNE, ECHA POLNE, ECHA LAT MINIONYCH cz. 1

Wracając pamięcią do lat minionych, w których kontakt z przyrodą w sposób bezpośredni dotyczył mnie osobiście wracam przede wszystkim do niewielkiej mieściny w mazowieckim, gdzie Pilica toczyła swoje wody w zależności od pory roku w sposób bardziej lub mniej dziki. Zimą rzeka wydawała się zupełnie niedostępna i jakby z innej krainy, latem szumiała przyjemnym chłodem ostrzegając zarazem nieprzewidywalnymi przykosami! Niektórzy mieszkańcy przyległych wsi twierdzili nawet, że rzeka miejscami posiada tzw. drugie dno – osobiście tego nigdy nie doświadczyłem – aczkolwiek ilość utopień dla wielu doszukujących się sensacji osób, pozostawia wiele nie dopowiedzianych historii, które żyły i żyją czasami w miejscowej legendzie… Zimowe zwały lodowe, które miejscami piętrzyły się czasami na kilka metrów rozpalały wyobraźnię o nie stworzonych krainach i stworzeniach tam mieszkających. Teraz to już mniej oczywiste – zimy bywają tak słabe, że nawet nieraz i mrozu się nie doświadczy!! Ale wówczas setki ton kry niesionych wezbranymi wodami Pilicy robiły okropne – straszne wrażenie – żywiołu na który nie ma siły!! Miejscowości nisko położone były zawsze w opałach.. Niejednokrotnie wody Pilicy niosły ze sobą śmierć i zniszczenie!! Może i lekka przesada w tych słowach – lecz przed bodową zapory na tej rzece różnie bywało…. Czasami ze starszymi ludźmi z miejscowości przyrzecznych troszkę udało mi się porozmawiać, przy okazji wędkowania – czas wtedy zawsze jakoś inaczej biegnie, a i ludzie znajdując ucho ciekawe na historie ludzkie, opowiadali różne rzeczy – nieraz i graniczące o zabobony…..
Zawsze chętnie wczesną wiosną odwiedzałem te rozlewiska wyczekując przylotu czajek. Kwilenie tego odważnego ptaka zawsze pozytywnie wpływało na moje usposobienie. Akrobacje w powietrzu tego czarno białego lotnika, z finezyjnym czubem na głowie zawsze wprawiały człowieka o zawrót głowy! Coś z takiej kozackiej fantazji rzekłby wieszcz! No i samo kwilenie – dla samego tego głosu, który dla mnie jest początkiem czegoś nowego w przyrodzie zawsze co roku szukam w terenie – niekoniecznie nad Pilicą, gdziekolwiek mam możliwość tego trelu czajkowego – po prostu magia dźwięku!! Wiadomo – czas zimy już mija bezpowrotnie, za chwilę wszystko zacznie pokrywać świeżo zielona i różnokolorowa wiosenna eksplozja nowego!!! Przyroda napisze nowe scenariusze, wyda pokolenia nowego…. Rzeka sama w sobie o każdej porze roku miała swój nie odparty urok. Wiosna – wszystko budzi się z do życia, rodzi

się nowe pokolenie wszystkiego co przyrodą fauną czy florą nazwać można. Zawsze bardzo chętnie obserwowałem tarło ryb, które miało miejsce w starorzeczach, mieliznach, zakolach – zawsze potem myślałem, że skoro tyle ich – dlaczego tak trudno je złowić potem, po okresie ochronnym szczupaka czy leszcza!!!! Gdzież one myślałem?! Dlatego bardzo chętnie wybierałem się na wieś do dziadków. Dziadek lubił wędkować i chętnie wszelkie arkana wędkarstwa zdradzał wnukom, którzy chcieli słuchać. To nie było tak jak teraz, że wpisujemy w wyszukiwarkę interesującą nas kwestię i mamy setki stron podpowiedzi na każdy temat. Całe mnóstwo „wujków dobra rada” znających się na wszystkim – po budowę atomu włącznie!! Wówczas nawet gazeta o nazwie Wiadomości Wędkarskie była trudno dostępna!
Gospodarowali sobie na niewielkim gospodarstwie razem z babcią, wszystkiego kilka hektarów – jak wielu wówczas drobnych rolników mieli po trochu. Były konie, krówki, kury – miłością dziadka były pszczoły, które sprawiały mu wiele radości! Sam kilkakrotnie biegałem obserwować kierunek lotu roju, który wyprowadzała młoda królowa i ucieka z ula w którym mieszkała. Dlatego też w okolicy pasieki sadzone były wierzby, które to miały zachęcać taki rój do spoczynku i wówczas dziadek starał się takie pszczoły odzyskać, już nawet nie pamiętam na ile skutecznie!! Ja do pszczół zawsze podchodziłem z ostrożnością i bojaźnią – nie raz żądła tych owadów musiałem sobie wyciągać, z różnych części ciała! Podobnież teraz to jakaś terapia nawet jest! Może i tak – nie wnikam – są to na tyle nie do końca zbadane kwestie, że nawet się nie zdziwię jak się ktoś w tym temacie doktoryzuje!!
Największą radochą było miodobranie, gdy ramki z plastrami z miodem były brane do tzw. „centerfugi” o ile dobrze pamiętam – beczki w której za pomocą wirowania na ściankach beczki spływał miód na samo dno do kranika – a potem do słoików….. jeśli napiszę, że smakowało miodowo przepysznie – to skłamię – niczego nie da się opisać słowami podczas degustacji bezpośrednio takiego miodu!! Czasami po prostu ucinaliśmy plaster miodu z ramki i taki sobie wysysaliśmy – oczywiście bez pszczół – aż twardy nikt nie był!! Także rady starszego i doświadczonego dziadka człowiek łykał jak przysłowiową żabę bocian!! Bo niby skąd więcej wiedzy można byłoby zdobyć?! Tą swoją pasją dwóch synów zaraził!! Do dzisiejszego dnia wędkują i jest to ich największa pasja życia! Wiem z relacji, że kawał świata za nie jedną rybą przebyli tylko po to, żeby dać buziaka i wypuścić z życzeniem – chęcią złowienia – matki/babci złowionej sztuki!!

Lato nad wodą – wiadomo – same wygłupy z kolegami przede wszystkim pływanie no i pierwsze wędkarskie przygody. Pierwsze spacery z sympatiami, nie zawsze do końca odwzajemnionymi….Cóż taka to przypadłość miejscowości nadrzecznej z pięknymi okolicznościami przyrody….
To samo jesienią – mieszanina wszystkich kolorów lasu wraz z poznawaniem jego sekretów, łącznie z grzybobraniem. Magia jesieni eksplozji barw nie jest zarezerwowana tylko dla Bieszczad, Tatr, Pienin, Sudetów, Roztocza czy Podlasia!! Moje Mazowieckie doświadczenia oraz bieżące z terenów gór Świętokrzyskich absolutnie negują tego typu opinię!! Piękno mozaiki tej w Świętokrzyskich w wielu miejscach jeszcze nie skażonej przyrody zachęca do czerpania z jej uroków bez miary…. Z jej wszystkich atrybutów: Łowieckich, Fotograficznych, Filmowych…. Wszystkich, którym akurat św. Hubert mi będzie Darzył !! Trochę za szybko – miały być ECHA….
A więc:
W takich to okolicznościach przyrody miałem sposobność dorastać sobie w najlepsze!!
No i właśnie którejś jesieni – będąc w piątej lub szóstej klasie szkoły podstawowej jeden z kolegów zapytał mnie czy nie wybrał bym się z nim na polowanie w roli naganiacza – polowanie na zające!! W dzisiejszych czasach, postępu dziejowego to kryminał, afera na pół Polski i Europy, jak nie świata i temat by był nie schodzący z czołówki postępowych mediów kraju… A wówczas – jakoś nikt nikogo nie zamordował, ludzie wiedzieli, że zające, króliki i inna drobna i grubsza zwierzyna nie rośnie w doniczkach u rzeźnika na polu, grzecznie czekając aż dojrzeje!! A ludzie wyrastają na normalnych i nie skrzywionych na umyślne zwyrodnialców….
Ale zbaczam troszkę, a o moim koledze miało być, no więc on jakoś w takim klimacie zagadnął:
- wiesz, teges - trochę się połazi – przeważnie w środku dnia jakieś ciepłe żarcie dadzą, taki bigos na ten przykład - mają zawsze zarąbisty – no i kasy trochę wpadnie – bo to bieganie to nie za darmo jest, no wiesz!! No nie wiedziałem, bo niby skąd?? Znajomy, już nie pamiętam który oczywiście naopowiadał swoim rodzicom, że idzie ze mną i to ja go namówiłem! Miał kogoś z rodziny w tym kole i pewnie sam by nie poszedł, a zależało mu na kasie… więc się zgodziłem, mówiąc rodzicom, że jadę tylko popatrzeć z wujkiem znajomego…. Tak to się wszystko zaczęło…. Wpadłem jak śliwka w przysłowiowy kompot…


C.D.N