Pierwszy Postrzałek

Z tego co pamiętam to był poniedziałkowy późny styczniowy wieczór, grubo po godzinie dwudziestej, akurat wracałem z synem z treningu i jeszcze miałem do wyjaśnienia coś z operatorem telefonii komórkowej.
No więc stanąłem jak nie pyszny w kolejce w biurze obsługi klienta. Strasznie wkurzony, bo jak zwykle gdy się przechodzi obok takich miejsc – to nigdy nikogo nie ma – a jak Ty masz coś do załatwienia – to zawsze znajdzie się kilka osób przed Tobą, którzy też akurat mieli jakąś sprawę nie cierpiącą zwłoki i akurat w tej chwili – no kilka minut przed Tobą oczywiście zdążyli się ustawić w ogonku!!
No i stoję jak ten dureń, powoli zaczyna mnie coś rozbierać – czuję, że nie mam tylko 36,6 – ale troszkę więcej( wystawanie na treningach piłkarskich niestety ma także skutki uboczne!!) no i wtedy dzwoni telefon…. Patrzę a to dzwoni Krzysztof – łowczy OHZ Mroków, w którym mam dzięki deklaracji, że będę poszukiwał postrzałków myśliwym, którzy będą tego potrzebowali – pozwolenie na polowanie – odstrzał na te gatunki łowne, które akurat można będzie wg. posiadanych uprawnień i terminów możliwe do polowania. Dzwoni Krzysztof i pyta czy mam czas… nie zastanawiając się zbyt długo – może ze dwie sekundy nie dłużej - mówię, że oczywiście mam czas i w czym mogę pomóc??!! Okazało się, że w pobliskim obwodzie, gdzie polowali – jeden z myśliwych strzelił do dzika tak niefortunnie, że na zestrzale była farba i dzik na sto procent przyjął kulę – ale nie został ani w ogniu – ani w najbliższej okolicy. Więc cały szczęśliwy, że miałem wymówkę nie załatwiając sprawy w tym BOKu – informuję żonę, że mam gardłową sprawę w obwodzie do załatwienia z Jawą i nie wiadomo ile czasu mi to zajmie…. Oczywiście pełne zrozumienie!!! Wsparcie drugiej połówki pełne, jak to w takich sytuacjach mają młodzi myśliwi!! Oczywiście młodzi stażem, bo wiekiem to już niestety nie. No i pakuję Jawę do kufra swojego kombiaka, świeżo zakupionego Garmina, otok oraz jakieś tam światło…. I lecę na złamanie karku do umówionego miejsca, gdzie czekają już na mnie w mocnym pickupie trzej nieszczęśnicy…. Oczywiście jak to w takich sytuacjach ma miejsce, przypominam sobie wszystkie szczegóły, w których szkoliłem się wraz z Jawą na ścieżkach tropowych, czy też konkursach pracy tropowców. Jakoś tak się złożyło, że macierzysty obwód
łowiecki mam w zależności od drogi – średnio 170 km i raczej nikt nie dzwoni do mnie żeby czegoś poszukać!! A tu – jestem na miejscu!!
No więc spotykam myśliwych!!
Pogoda dla myśliwych – dobra – pada śnieg z deszczem, jest lekko na minusie i do tego wieje nieprzyjemny wiatr. Ale co tam – idziemy w miejsce zestrzału – tradycyjnie na pytanie, czy nie za bardzo zdeptali ślady - wszyscy trzej jak jeden twierdzą, że oglądał to miejsce tylko jeden z nich – a dalej to nigdzie tam nie włazili – no bo wiadomo – ranny dzik co może zdziałać!! Oczywiście wszystko w okolicy 50 metrów dokładnie przez nich zdeptane, na zestrzale niewiele farby – ale była. Las był może i niewielki – ale za to nie za przyjemny do chodzenia z otokiem ponieważ gęstwina z krzewów, jeżyn i różnego rodzaju powalonych drzew i gałęzi nie zapowiadała miłego końca dnia.
Zapiąłem Jawie obroże tropową, oczywiście Garmina, no i w drogę – niech nas Św. Hubert prowadzi pomyślałem sobie w duchu!!!
Jawa chwilę obwąchiwała miejsce zestrzału i zamiast tego co zeznawali myśliwi iść prosto w gęstwinę, po kilku metrach zaczęła odbijać w lewo i iść w przeciwnym kierunku. Pamiętam rady bardziej doświadczonych ode mnie menerów, którzy w takich sytuacjach mi powtarzali – pamiętaj – jak coś takiego będzie się działo – zaufaj psu i jego nosowi – na pewno wie co robi i nie przeszkadzaj mu!! No tak – ale co tu robić – pies prowadzi mnie na duże koło – komentarze dolatują do mych uszu w typie: eee co to za pies tropiący – przecież nawet kierunku właściwego złapać nie potrafi!! Nie zrażony „pochlebnymi” opiniami pudlarza, zdaję się na instynkt Jawy. Zatoczyła duże koło i wróciła do miejsca, od którego zaczęliśmy tropienie, kierując się we wskazanym wcześniej kierunku przez myśliwych. Oczywiście jak to w takich przypadkach latarka czołowa zaraz padła!! Standard – ciemno, zimno, mokro, wieje i sobie radź jakoś człowieku!! Całe szczęście, że miałem baterie na zmianę, więc po chwili znowu jasność mnie ogarnęła. W okolicy, w której przyszło pracować całe mnóstwo tropów zwodniczych – świeże ślady buchtowania dzików, pełno tropów saren no i dzików oczywiście! A co tam – kto powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie?! Nawet dla pierwszego sprawdzianu w realu nikt nie obiecywał słonecznej pogody i szukania po „białej stopie”!!
Po około 150 metrach bez jak się wydawało nawet kropelki farby – jest – dosyć sporo rozbryzganej farby – tak jakby dzik nią plunął uciekając. Ale jest dowód, że Jawa idzie we właściwym kierunku!!! No to teraz wstąpiła we mnie pozytywna energia – jest dobrze!! Idziemy dalej, a dzik kołuje – trochę w lewo trochę w prawo – po kolejnych dwustu metrach znowu więcej farby i tak kilkakrotnie. Po przebyciu ponad kilometra, podrapany od gałęzi na drzewach i krzewach dochodzimy do małej rzeczki. Jawa się zatrzymuje i zaczyna wietrzyć górnym wiatrem – oho – coś jest na rzeczy!! Jak jakiś ostatni Mohikanin wytężam wszystkie swoje zmysły ale nic nie widzę…. Koledzy myśliwi z bronią gotową do strzału obserwują okolice – ale też nic nie widzą – więc Krzysiek mówi do mnie:
- puść psa z otoku – tyle nas poprowadziła więc niech pokaże co dalej…. Jawa wyskoczyła jak z procy – sceny jak w dobrym kinie akcji – okazuje się, że 30 metrów przed nami za niewielką górką oparta zadem o sosnę siedzi loszka jak się później okazało, i nie ma zamiaru tak po prostu bez walki spisać testamentu!! Jawa pięknie tańczy przed dzikiem i oszczekuje jak w amoku, dzięki czemu locha ogania się od niej – na nas nie zwracając w ogóle uwagi!! Krzysztof po zajęciu dogodnej pozycji do oddania strzału - każe mi odwołać psa żeby zakończyć cierpienie dzikowi i w momencie, w którym pies do mnie wraca pada strzał. No to wreszcie koniec myślę sobie….
Artur puść psa – niech jeszcze sobie trochę tego dzika w nagrodę podskubie – należy mu się, mówi do mnie Krzysiek!! No więc puszczam Jawę – ale co to – okazuje się, że dzik wcale nie spisał jeszcze testamentu!! Podrywa się jeszcze i atakuje z zawziętością gończaka kłapiąc z furią szablami!! Oczywiście GP są jak na sprężynach i nie takie numery są w stanie przewidzieć, więc uskok i znowu ujadanie na dzikiego – ponowne odwołanie – kolejny strzał…. Tym razem już kończący całą tę przygodę!!!! Aż trudno sobie wyobrazić skutki takiego ataku tej lochy gdyby podszedł tam człowiek – a nie pies, który w takich sytuacjach ma ten przysłowiowy „szósty zmysł”….
- przyznam szczerze – mówi Krzysiek – że to była moja ostatnia kula – dobrze, że w końcu udało nam się dzika dostrzelić, bo jakiś „pancerny” był!! Ze względów bezpieczeństwa tamci dwaj koledzy zostali za naszymi plecami – więc całe szczęście, że druga kula była ostatnią dla tej lochy…. Po tym jak ochłonęliśmy oczywiście był złom i dla mnie i dla Jawy. Myśliwy, który postrzelił loszkę także oczywiście został udekorowany. Loszka otrzymała ostatni kęs i pieczęć jak nakazuje tradycja i szacunek!!
Jednak uznanie i gratulację były przede wszystkim dla mnie i dla Jawy!!!! Jeszcze nigdy wcześniej nie czułem takiej satysfakcji jako myśliwy. Zrozumiałem co mi wcześniej mawiali myśliwi, którzy szkolą swoje psy właśnie do takich sytuacji, w których poprawiamy błędy myśliwych… to mi chyba zostało do dnia dzisiejszego, że mam o wiele większą przyjemność z naprawiania ze swoimi psami takich błędów aniżeli strzelania samemu. Może niewiele osób da wiarę w to co akurat tu napiszę, ale osobiście wolę pomóc znaleźć innemu myśliwemu postrzelone cierpiące zwierzę, lub dać mu pewność, że spudłował z kretesem i ma czyste sumienie!!! Każdy z Łowiectwa czerpie co innego – dla mnie osobiście Kynologia Łowiecka jest TYM co ja znalazłem dla siebie i to staram się rozwijać!! To nie znaczy, że odwiesiłem strzelbę na kołku!! O to proszę się nie martwić!! Poza postrzałkami lubię także włóczyć się ze sztucerem lub strzelbą i najbardziej atrakcyjne polowanie dla mnie osobiście to takie – kiedy moja sfora biega razem ze mną!!!
Mam w pamięci tamten wieczór do dnia dzisiejszego i nie ważne, że potem odchorowałem ten rajd za dzikiem kilkoma dniami na L4, ponieważ gorączka mnie nie opuszczała kilka kolejnych dni!!! Zawsze z uśmiechem na ustach wracam do tych wspomnień… od tamtej pory już trochę wody w Wiśle upłynęło… a przed nami jeszcze tyle planów na przyszłość!!!
Darz Bór!!



C.D.N