Górnicy w Lesie

Jednym z bardziej ciekawych epizodów w moim niedługim doświadczeniu łowieckim – w humorystycznym ujęciu – było spotkanie „górników” w moim macierzystym obwodzie!!! Ale po kolei:
Był piękna majowa sobota, sezon na rogacza właśnie się rozpoczął – więc jako świeżo upieczony selekcjoner udałem się w podróż do mojego kieleckiego obwodu. Podróżowałem sam, więc jak to zwykle droga przy towarzystwie radia jakoś tam sobie upłynęła. Na miejsce dotarłem sobie jeszcze z godzinę przed wschodem słońca – jeszcze było dosyć ciemno – szczególnie w lesie, natomiast szarówka coraz bardziej oddawała pole wschodzącemu powoli dniu. Zaparkowałem sobie auto na skraju starego lasu, który graniczył z polem pszenicy od zachodu, a od strony południowej z uprawą – wtedy był tam posiany łubin. Zaplanowałem sobie idąc skrajem lasu wzdłuż tej pszenicy dotrzeć do uprawy łubinu – las długości na tym odcinku ma nie więcej aniżeli 700 metrów, więc dosyć szybko dotarłem na jego długi bok od strony południa. Pomimo niewielkiej odległości podejście pod górkę, choć niewielką trochę było odczuwalne – wiadomo – góry Świętokrzyskie i pasmo Przedborsko – Małogowskie, niby nie za wysokie bo w tym miejscu, w którym polowałem po przeanalizowaniu mapy znajduje się szczyt o nazwie Lednica i jest 251m npm., obok Św. Michał już trochę wyżej bo 332m npm. Właśnie to miejsce, na samym rogu tego sporego kawałka lasu jakoś szczególnie darzę sentymentem. Może dlatego, że będąc świeżo upieczonym myśliwym właśnie z tego miejsca robiłem podchód pod rudel kilku kóz z koźlętami i jedną z nich pozyskałem. Było to zimową porą, gdy śniegu było tyle co na lekarstwo i nie miało za bardzo co skrzypieć pod butami, podchód fajny – ale to na inną opowieść. No więc, stoję sobie na samym rogu lasu pod osłonę rozłożystego buka. Pozycja do obserwacji dosyć dobra, powoli się rozwidnia i za chwilę będzie świt – więc mam już na tyle dobre światło, że można z powodzeniem lustrować okolicę. Nic nie szczególnego nie zwróciło mej uwagi więc poruszając się powoli w kierunku zachodnim, zamierzałem zająć zwyżkę, która akurat ustawiona był na samym szczyci wzniesienia pośrodku pola pszenicy przy niewielkim zagajniku brzozowym. Nieśpiesznym krokiem obchodząc uprawę tego zboża tak aby nie robić szkód w uprawie rolnikowi – kierowałem swoje kroki właśnie w kierunku tej zwyżki. Miałem od kolegów informację, że tam lubiły sobie podjadać zarówno dziki jak i z lasu na tą pszenice zapędzały się rogacze. Po dotarciu pod zwyżkę, która ustawiona była trzeba powiedzieć chyba w pośpiechu, bo wejście na nią wymagało delikatnej gimnastyki od chętnego, który chciał skorzystać z jej dobrodziejstw. Jednym słowem sprawiała wrażenie, że ma ochotę się przewrócić do przodu wraz ze śmiałkiem który na nią się wdrapywał. Ale nic to – po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw postanowiłem powoli się tam wdrapać. Jakoś się usadowiłem i z zadowoleniem przyznałem, że jest nawet całkiem wygodna do siedzenia!!!
Pole do obserwacji miałem wyśmienite!! Ze zwyżki kąt do oddania strzału był na tyle duży, że nie musiałem się obawiać jakiegokolwiek problemu z szukaniem kulochwytu w tej sytuacji. Tylko czekać na dogodną sytuację i odpowiedniego kozła. Pomimo tego, że był to maj – o wschodzie słońca było naprawdę rześko!! Widok wspaniały – wielka czerwono złota kula powoli podnosząca dzień do góry, na początku ospale i niechętnie liżąc wszystko wokoło swoimi pierwszymi promieniami. W duszy uśmiechałem się do tego poranka, który był zapowiedzią powolnego podnoszenia się temperatury. W dość wysokich trawach zdążyłem urosić się strasznie, pomimo dobrej odzieży i butów. Na głowę także miałem zaciągniętą kominiarkę – raz dlatego, że było cieplej – dwa dla lepszego kamuflażu.
Słońce coraz bardziej oświetlało mnie całego dając poczucie tego ciepła, które powoli liże zmarznięte dłonie oraz nogi… było dość powiedzieć – sielsko. Nagle coś z lasu, jakaś szara niepozorna sylwetka zaznaczyła swoją obecność na tle zielonej masy, którą miesiąc majowy niewątpliwie nagradza wszystkich tych, którzy z utęsknieniem oczekują i ciepła i zieleni. Podnoszę lornetkę do oczu – na pierwszy rzut oka odległość około 400 metrów, poza zasięgiem przepisowego oddania strzału, ale rogacz jest. Po wstępnej analizie – chyba spełnia kryteria odstrzały, który posiadam w garści!! Więc teraz tylko czekać!! Może akurat tak Św. Hubert pokieruje jego krokami, że dotrze w miejsce w którym będzie można oddać bezpieczny strzał!! Ale koziołek jakby przeczuwając los, który chce mu zgotować rusza pod górkę prawie tą samą drogą, którą pokonałem z półtorej godziny wcześnie. Powoli odprowadzam go do momentu, w którym zakrzaczenia nie pozwalają na dalszą obserwację. Pospacerował w kierunku łubinu, może poskubać czegoś innego – więc myślę – na mnie też już pora – zobaczymy czy go po cichaczu dojdę?! Delikatnie, uważając żeby nie spać z chwiejną zwyżką, powolutku z niej udaje mi się bezpiecznie zejść. Serce wali od adrenaliny – no to teraz cichutko jak Apacz zaczynam się skradać. Coś znowu mignęło między krzakami – jest!! A więc kierunek obrałem właściwy – rogacz idzie tam gdzie myślałem. Przez głowę przebiegają setki myśli – różne scenariusze, które mogą mieć miejsce – wiadomo – tyle opcji, że i tak życie zweryfikuje po swojemu. Serce wali jak młot – pewnie słychać to aż w dalekim Łopusznie – nie ważne – podchodzę dalej!!! Nagle z prawej strony dochodzi do mnie jakiś głuchy odgłos stłumionego, rytmicznego dudnienia…. Ki czort sobie myślę… nic nie wskazuje na jakieś działanie znanych mi zwierząt… chyba żeby to żubry – ale żubry tutaj – prędzej jakieś krowy rolnikowi uciekły!! Ale żeby tak walić?? Nie – to na pewno nie to – koniecznie sprawdzić trzeba!! Więc idę cały taki – można powiedzieć „zielony ludzik”, bo nie dodałem, że to w okresie było aneksji „zielonych ludzików” na Krym, w tej całej kominiarce na głowie i wychylam się zza wzniesienia, których wiele przed szczytem Lednickim i tzw. rowem pancernym (na ten temat kiedyś więcej się rozwinę opowiadając o czasach II Wojny Światowej i świadkach działających tam grup partyzanckich, m.inn. oddziałowi „Żbika” oraz przysięgi Brygady Świętokrzyskiej w sercu naszego obwodu – Lasocinie!!), i patrzę ze zdziwieniem, a tu trzech kolesi coś tam w ziemi grzebie sobie jakieś 150 metrów od miejsca, w którym wylazłem z krzaków….. konsternacja pełna – ja na nich patrzę… oni na mnie – potem powiedzieli – no jakaś partyzantka totalna – nie wiadomo co robić…. Ale ja dalej stoję jak wryty… a tu po prawej kozioł wstaje z łubinu i ze zdziwieniem patrzy co się dzieje – ja w środku całej tej dziwnej sytuacji – 100 kilkadziesiąt metrów w lewo kozioł – z prawej dziwni goście ze 150 metrów – cóż począć……. Oni jak wryci także obserwują czy to aby nie atak „zielonych ludzików” na ich kielecką małą ojczyznę… dobra – rogacz wybrał – nie było możliwości oddać bezpiecznego strzału i skorzystał z okazji i czmychnął w nieznane, natomiast ja – pozostałem pod uważną obserwacją trzech par oczu….. co robić?? Goście stoją z jakiś łopatami, kilofami i diabli wiedzą co tam jeszcze mają, czego mój wzrok nie ogarnia!! Powziąłem decyzję, że należy w tej sytuacji nadrabiać tupetem – bo jak inaczej?! W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że mam do czynienia z kłusownikami – kopią skubańcy dziurę, żeby zakopać patrochy i skórę – pewnie skłusowali jakiegoś jelenia albo łosia – z sarną by się tak nie cackali – a to za dużo jak na tych trzech chłopów musiało być!!!! Nikt normalny przed szóstą z rana – nawet mocno zapracowany rolnik za robotę raczej się nie zabiera!! No więc – konsternacja co robić – uciekać nie warto – skubańce dogonią – a jak mają broń to i w plecy taki kłusol strzelić potrafi – to pomyślałem sobie, że jak mam ich na widoku – to teraz żaden nic w ręku nie ma – więc teoretycznie mam przewagę!! Tanio skóry nie sprzedam!! Podchodzę bliżej – może na jakieś 50 metrów – może trochę bliżej – ale cóż to – chłopaki chyba bardziej przestraszone ode mnie – Ha, dobra nasza myślę sobie, ale i tak w dalszym ciągu jestem na przegranej pozycji….. myślę sobie, że warto porozmawiać…. Więc zagajam na okoliczność:
- przepraszam, Panowie tutaj ropy starają się dokopać czy jakiegoś złoża węgla kamiennego?? Bo jakoś dziwnie tak prawie kilometr od jakiekolwiek drogi kopać na tej górce……
Chwila prawdy: konsternacja pełna, dziwna cisza zapadła… po krótkiej chwili odzywa się nieśmiało najniższy z trzech zawodników: - Kolego, mam na imię Jarek – łowczy mi powiedział, że w ramach stażu trzeba tu w tym miejscu postawić ambonę, bo tu taki weksel jest, że się solidna ambona przyda………tak mówił…..ja byłem na ostatnim Walnym Zgromadzeniu Koła…. Przedstawiony….
Uffff – powietrze jak z dziurawego balonu ze mnie zeszło – podnoszę kominiarkę do góry, lekki uśmiech – trochę nonszalandzki, muszę przyznać, żeby nie powiedzieć cwaniacki, na moich ustach zagościł… - Darz Bór Panowie – jestem Artur Rudecki – za kozłem tu dotarłem – ale mi go wypłoszyliście…. A miałem go prawie jak na blacie i to stukanie nie pozwoliło dokończyć sukcesem podchodu (oczywiście to był bleff), ale co tam!! Nie on pierwszy i nie ostatni co mi uciekł!!
No teraz już wszystko jasne - widocznie moja absencja na ostatnim Walnym spowodowała braki pewnej wiedzy na temat Kolegi Jarka…. - kolego Jarku – nie przeszkadzam i życzę powodzenia w budowie!! Fakt – koledzy wspominali o Twojej osobie – Darz Bór Kolegom!! Ogólnie skończyło się gromkim śmiechem nas wszystkich, natomiast sekundy, które decydowały o całej tej stresowej sytuacji dobitnie dowodzą, że stalowe nerwy w każdej sytuacji, w której trzymamy broń w obwodzie łowieckim są bardzo potrzebne… Nomen omen – moim zdaniem powstała dzięki koledze Jarkowi najsolidniejsza ambona w całym obwodzie naszego koła!! Tak czy siak….
Nawet gdy na pustyni spotkamy nurka w kombinezonie do nurkowania lub na niewielkich górach górników gotowych do fedrowania lub wiercenia powinniśmy zachować daleko idącą czujność
Darz Bór!!

C.D.N